wtorek, 8 lutego 2011

Przysmaki na królewskie podniebienie



Autorem artykułu jest Ewelina Mółka
Katarzyna Jaworska
Przysmaki na królewskie podniebienie
Podobno śniadanie Casanovy składało się z 50 ostryg. Być może to właśnie im ten największy kochanek w historii zawdzięcza liczne podboje miłosne, gdyż ostrygi uchodzą za jeden z największych afrodyzjaków.
W Polsce owoce morza wciąż jeszcze stanowią rarytas, choć w ostatnim czasie obserwuje się zwiększone zainteresowanie nimi. Oprócz niepowtarzalnego smaku mają również wysoką wartość odżywczą.
Powszechnie używana włoska nazwa frutti di Mare obejmuje wszystkie jadalne morskie lub słodkowodne zwierzęta bezszkieletowe, głównie mięczaki i skorupiaki. Spożycie owoców morza najbardziej rozpowszechnione jest w krajach śródziemnomorskich i na antypodach, stanowią również ważny składnik kuchni azjatyckich.
W Polsce nadal uchodzą za dania wykwintne z uwagi na małą dostępność i dość wysokie ceny. W szerokim wyborze pojawiły się na polskim rynku stosunkowo niedawno. Największe spożycie obserwuje się we Wrocławiu, a najpopularniejsze są krewetki, małże i kalmary.
Wadą owoców morza jest to, że potrawy z nich przyrządzone są nietrwałe. Należy pamiętać, że owoce morza muszą być świeże, gdyż zatrucia pokarmowe wywołane nimi należą do najcięższych, a te pochodzące z zanieczyszczonych wód mogą być toksyczne. Muszą na nie również uważać alergicy, gdyż są bardzo silnym alergenem.
Czym taca bogata
Frutti di Mare stanowią doskonały pomysł wyśmienitych przystawek, składników sałatek, zup, a także dań głównych. Ponadto mają wysoką wartość odżywczą. Zawierają wysokowartościowe białko oraz nienasycone kwasy tłuszczowe, cynk (szczególnie ostrygi i kraby), witaminę B12 (zwłaszcza ostrygi, krewetki, małże i kalmary), witaminy E oraz PP. Ponadto są źródłem cennego fosforu, selenu i potasu, żelaza oraz miedzi. Regularne spożywanie owoców morza wpływa na obniżenie złego cholesterolu we krwi.
Od krewetki do ośmiornicy
Homary – najdroższe okazy tych luksusowych skorupiaków łowi się u wybrzeży francuskiej Bretanii oraz Anglii i Norwegii. Żywy homar ma kolor ciemnoniebieski; po ugotowaniu staje się jasnoczerwony, a jego białe, chude mięso ma wyjątkowo delikatny smak.
Ostrygi – Popularne mięczaki, występujące w Morzu Śródziemnym, w oceanach Atlantyckim i Spokojnym. Smakosze jedzą je surowe prosto ze skorupki, skropione sokiem z cytryny. Można je również gotować, piec, smażyć lub dusić. Uznawane są za wyjątkowo silny afrodyzjak.
Krewetki – Małe skorupiaki, osiągające od 3 cm długości (koktajlowe) do nawet 20 cm (tzw. tigery). Można je kupować świeże, mrożone lub w puszkach. Spożywa się wyłącznie mięso z ogona, w tym celu należy usunąć pancerz, głowę, następnie naciąć grzbiet przez środek i wyjąć czarne jelito.


Małże – Większe małże mają bardziej wyrazisty smak i są używane głównie do zup, można je także gotować otwarte i podawać z roztopionym masłem. Mniejsze spożywa się na surowo.
Kalmary - Najczęściej podaje się je z masłem i z czosnkiem, włożone ponownie do skorupek lub jako składnik innych potraw.
Langusty – Większość mięsa znajduje się w organach wewnętrznych. Można kupować świeże lub mrożone, gotować w wodzie lub na parze. Mięso langusty jest delikatne o lekko słodkawym smaku.
Ośmiornice – Przyrządza się je tak jak kalmary. Mięso ośmiornicy powinno być zbite tłuczkiem aż utraci sprężystość. Należy również przed przyrządzeniem odciąć ssawki i końce ramion. Mniejsze okazy smaży się w całości w cieście, z dużych spożywa się tylko odnóża.
Kraby – występują w Morzu Śródziemnym i w Atlantyku. Sprzedaje się je żywe w skorupie lub bez niej. Można je piec, gotować w wodzie lub na parze. Mięso z kraba jest soczyste i delikatne.


Zbliżoną smakowo do owoców morza grupę kulinarnych rarytasów, które coraz częściej goszczą na naszych stołach, stanowią raki, żaby i ślimaki.
Raki – te słodkowodne skorupiaki występujące głównie we Francji są szczególnie popularne w Skandynawii. Można je kupować żywe lub gotowane, smażyć lub gotować. Krajem, który posiada najdłuższą tradycję jedzenia raków jest Szwecja, były one również jednym z przysmaków kuchni staropolskiej. Dziś na naszych stołach goszczą rzadko z uwagi na rosnące zanieczyszczenie wód, na które raki są bardzo podatne.
Zgodnie z zasadami savoir-vivre’u, mięso raka należy jeść używając specjalnych szczypczyków oraz długiego widelca zakończonego ostrymi szpikulcami, jednak najwygodniejszą metodą ich spożycia jest użycie.. własnych palców.
Żaby – spożywa się ich udka, które w smaku przypominają mięso z kurczaka. Występują w puszkach, mrożone lub świeże. Można je smażyć, dusić albo piec. Spożywać należy rękami, które przepłukuje się wodą z cytryną.
Ślimaki – można kupić świeże lub w puszkach. Podawane są z masłem i z czosnkiem lub jako składnik innych potraw. Ślimaki zwykle podaje się bardzo gorące, dlatego do ich jedzenia używa się specjalnych szczypców, które służą do przytrzymywania skorupki oraz małego dwuzębnego widelca.
Ślimaki nie cieszą się w Polsce dobrą sławą mimo, że na terenie naszego kraju występują masowo winniczki. Są one towarem eksportowym głównie do Francji, gdzie są pod ochroną.
Katarzyna Jaworska jest redaktorem prowadzącym działu Life Style Portalu Skarbiec.Biz
---
http://www.raje-podatkowe.pl/raje_podatkowe38.html
http://www.skarbiec.biz/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Płetwy rekina, kałamarnice, małże i inne przysmaki



Autorem artykułu jest Adam Topor


Może niektórym czytelnikom tytuł ten wyda się nieco przesadzony. Zawsze zadawałem sobie pytanie: Co ci Chińczycy widzą w takich dziwnych potrawach? Zawsze dopóki sam nie spróbowałem. A w prowincji Fukien są to prawdziwe rarytasy.
W tradycyjnej kuchni chińskiej używa się zazwyczaj różnorodność produktów suszonych i niestety raczej nie dostępnych w Polsce (może się mylę - dużo się zmieniło). Chcę przybliżyć oryginalne chińskie potrawy i przytoczyć kilka kulinarnych ciekawostek i odstąpię od ogólnej zasady substytutów. Może uda Ci się kilka chińskich specjałów sprowadzić przez znajomych z zagranicy lub kupić w jakimś dobrym sklepie z orientalnymi rzeczami.

Opowiem Ci o kilku bardzo modnych specyfikach, których w Polsce niestety nie ma a co w Chinach jest prawdziwym rarytasem.

Wyobraź sobie płetwy rekina – tak nie przesłyszałeś się, bardzo smaczna przekąska, z którą nieraz bywa sporo kłopotu. Płetwy muszą być moczone aby zmiękły i nabrały kształtu. Trzeba je obgotować, ostudzić i następnie oczyścić oraz usunąć ości. Po tym zabiegu gotujemy je około 1 godziny aż staną się zupełnie miękkie. W ten sposób mamy płetwy do dalszej obróbki i przyprawiania.

Morski ogórek pisałem o tym na artelis.pl („Trepang”), suszony powinien być namoczony w zimnej wodzie, następnie zagotowany i ostudzony. „Ogórki” te trzeba naciąć na całej ich długości i niestety ponownie moczyć przez kilka dni często zmieniając wodę (niektóre z tradycyjnych chińskich potraw trzeba przygotowywać nieraz cały tydzień).

W tradycyjnej kuchni chińskiej najlepsze jest to, iż nie da się tu nic zrobić „po prostu” każda czynność w kuchni musi być dobrze przemyślana i wykonana z pełną precyzją. Charakter tej kuchni wymaga od nas cierpliwości i chęci do doskonalenia się w kulinarnym rzemiośle. Najlepszą metodą do przygotowywania morskich ogórków w wersji dla niecierpliwych jest zamknięcie ich w szczelnym termosie z wrzącą wodą, gdzie po 24 godzinach są gotowe do dalszego przyrządzania.

Kałamarnica z kolei wymaga dodatku oleju sezamowego. Na pół kilograma suszonej kałamarnicy dodajemy 3 dag. Oleju i szczyptę sody oczyszczonej i tak moczymy kałamarnicę w wodzie. Można również przygotować roztwór składający się z 15% sody, 5% soku ze zwykłej cytryny i 80% wody. Przygotowany roztwór należy przelać przez filtr (podobnie jak z kawą z ekspresu – filtrujemy go) i w nim moczyć suszoną kałamarnicę. Po 3 godzinach należy ją wypłukać pod bieżącą wodą w celu usunięcia kwaśnego smaku. W tym momencie kałamarnica powinna mieć jasnożółty odcień i powinna być niemal przezroczysta.

Małże należy moczyć w zimnej wodzie kilka godzin. Po namoczeniu należy odciąć mięso wokół krawędzi muszli umyć i ugotować. Gotuje się je na parze 2-3 godziny aż do zmięknięcia i tak przygotowane możesz z powodzeniem dodawać do potraw lub dalej przetwarzać i przyrządzać.




---
Czy kultura chińska jest dla Ciebie równie inspirująca? ShuDian the China Ebooks Library

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Smak niedzieli



Autorem artykułu jest Katarzyna Dudziuk


Czy to nie wspaniałe? Cały tydzień jęczę i narzekam, że jeszcze trochę – a wykończy mnie brak słońca, a tu na sam koniec tygodnia, w niedzielę – słońce świeci w całej krasie. Mój duży pokój jest zalany światłem, moje żółte ściany są dziś naprawdę słoneczne...
...a olchowy kolor mebli w słońcu przywołuje mi na myśl wszystkie rozgrzewające rzeczy, o jakich jestem w stanie pomyśleć – z winem z korzeniami na czele.
Kiedy byłam jeszcze mała, zawsze miałam wrażenie, że niedziela jest inna, jest lepsza niż reszta dni tygodnia. Może to tylko moje wspomnienia, które niekoniecznie muszą pokrywać się z rzeczywistością, ale nie pamiętam wielu pochmurnych niedziel. W niedzielę zawsze świeci słońce. W niedzielę po kościele Ojciec zabiera nas na lody. W niedzielę piecze się sernik, albo szarlotkę, albo makowca. W niedzielę nie trzeba iść do przedszkola i można pospać dłużej. W niedzielę popołudniu w telewizji był Teatrzyk Małego Widza, a wieczorem jakaś ciekawa dobranocka. W niedzielę jeździmy na grzyby do lasu. W niedzielę chodzimy z wizytą do znajomych, którzy mają dzieci w naszym wieku. W niedzielę w maju śliwa, która rosła do niedawna przy moim bloku, jest cała pokryta białym kwieciem, a ja mam na sobie po raz pierwszy w roku letnią, żółtą sukienkę bez rękawów. Ach, niedziela…
Dziś, kiedy wstałam z łóżka, poszłam robić do kuchni kawę i promienie słoneczne pierwszy raz złapały mają uwagę, od razu miałam to uczucie, takie przyjemne, wypełniające mnie całą uczucie, jak w tej piosence z „Oklahomy” (wiem, moja słabość do musicali jest straszna):
Oh, what a beautiful mornin’,
Oh, what a beautiful day.
I got a beautiful feelin’,’
Everything’s goin’ my way.
Naturalnie, wiem, że nic się tutaj szczególnego nie wydarzy, bo to w ten sposób nie działa, ale ranek naprawdę był piękny, dzień też jest piękny, i tak właściwie to wszystko idzie po mojej myśli – jak w piosence.
Taki piękny dzień zasługuje, oczywiście, na właściwą oprawę i nie mogę oprzeć się przekonaniu, że to musi być coś słodkiego. Zresztą, w domu moich rodziców to zawsze było coś słodkiego, czego ukoronowaniem był czas, kiedy Mama była w fazie robienia karpatki. Ale już od kilku lat nie mieszkam z rodzicami i zastanawiałam się, czy ja też mam jakieś danie na niedzielę.
I właśnie mam. Jak tak pomyślę, to zaczęłam je mieć nawet dość wcześnie, bo już na studiach. Co prawda, nie robię go co niedziela, bo też nie zawsze mi się chce, ale nie bardzo mogę sobie wyobrazić inny dzień niż niedzielę na przygotowanie tej rzeczy, która łączy w sobie dwie doskonałości: pieczywo i czekoladę.
Mój osobisty smak niedzieli to czekoladowe drożdżówki, na które przepis podaję poniżej. Wszystkiego najlepszego w tę cudowną, słoneczną niedzielę – cieszcie się jej smakiem!
CZEKOLADOWE DROŻDŻÓWKI
12 sztuk
250 g mąki
szczypta soli
2 łyżki stołowe cukru pudru
1 torebka suszonych drożdży instant
3 jajka, roztrzepane i 1 dodatkowe do posmarowania
45 ml ciepłego mleka
115 g masła pokrojonego w kostkę
175 g deserowej czekolady, połamanej na cząstki
Do dużej miski przesiej mąkę i sól, dodaj cukier i drożdże, wymieszaj. Zrób w środku wgłębienie, wlej w nie mleko i jajka. Wyrób mąkę z płynnymi składnikami na dość miękkie ciasto. Przełóż na lekko poprószony mąką blat i wygniataj energicznie około 5 minut, aż ciasto będzie gładkie i elastyczne. Jeśli trzeba dosyp nieco mąki. Dodaj do ciasta masło, po kilka kawałków naraz, ugniatając, żeby każda porcja dobrze się wchłonęła. Kiedy wgnieciesz już całe masło, a na cieście ukażą się małe banieczki, owiń ciasto w celofan i włóż do lodówki na co najmniej 1 godzinę. Jeśli zamierzasz podać drożdżówki na śniadanie, możesz zostawić ciasto w lodówce na noc. Wysmaruj lekko 12 foremek i ułóż je na blaszce do pieczenia. Podziel ciasto na 12 kawałków, uformuj z nich gładkie krążki. W środku każdego umieść kostkę czekolady, sklej brzegi palcami i odrobiną roztrzepanego jajka. Umieść kulki w foremkach – spojeniem do dołu. Przykryj i pozostaw w ciepłym miejscu na około 30 minut, aż podwoją objętość. Rozgrzej piekarnik do 200°C. Posmaruj drożdżówki roztrzepanym jajkiem i piecz 12-15 minut. Przenieś na drucianą podstawkę i nieco wystudź. Podawaj ciepłe. Można zrobić drożdżówki na zapas i podgrzać. Nie podawaj prosto z piekarnika, bo czekolada w środku jest bardzo gorąca.
Bon appétit :-)!
Źródło:
Christine McFadden i Christine France: „Wielka encyklopedia czekolady”, Arkady, Warszawa 1999, s. 228.
---
http://bonappetitcava.blogspot.com/2011/02/smak-lenistwa.html

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Smak lenistwa



Autorem artykułu jest Katarzyna Dudziuk


Nie jest żadną tajemnicą, że prostota w kuchni jest najlepsza. Wielokrotnie zadziwiałam samą siebie, że dania najprostsze, wymagające minimalnego wysiłku i niewielkiego nakładu czasu, są nie tylko najlepszym rozwiązaniem z logistycznego punktu widzenia, ale też rzeczami najsmaczniejszymi na świecie.
W moim przypadku to jednak coś więcej. Jestem z natury leniwa, a próby wychowania mnie na tytana pracy raczej nie powiodły się. Mam głęboki szacunek dla osób pracowitych i dla samej pracy, uważam, że praca utrzymuje człowieka na odpowiednim poziomie moralnym i daje właściwą perspektywę na życie. I nawet sama mam napady pracowitości, kiedy nie śpię, nie jem, nie robię nic – poza tym, że wykonuję daną pracę. Szczęśliwie, nie zdarza się to tak często i dotyczy to jedynie moich zainteresowań. Powtarzam, z natury jestem leniem, a teraz już jestem raczej za stara, by to ze mnie wykorzenić.
Ta może nie za bardzo pochlebna cecha mojego charakteru ma oczywiście,swoje przełożenie w kuchni. Owszem, jestem w stanie poświęcić pół dnia, aby zrobić tort migdałowo-kawowy, bawić się dwoma tortownicami, stresować nad polewą i wychodzić z siebie przy masie kawowej. Więcej, mogę powiedzieć, że potrafię nawet się przemóc i przez cały dzień nie zajmować się niczym więcej, jak tylko przygotowaniem rolady ze szczupaka, której nienawidzę robić z całego serca, ale za to uwielbiam ją jeść. Owszem, mam takie napady pracowitości (albo głodu – jak kto woli).
Tylko, czy gdybym nawet była tym tytanem pracy, to robiłabym sobie tego przysłowiowego szczupaka codziennie? Nie wydaje mi się. W gotowaniu, jak i we wszystkim innym, najgorszymi rzeczami, jakie mogą być jest monotonność i nuda, które potrafią zabić przyjemność nawet z najsmaczniejszej potrawy. Dlatego też na co dzień przygotowuję sobie danie proste, szybkie, najlepiej w dużej ilości i każdego dnia inne.
Jajecznica z 4 jaj i 2 cebul. Mizeria z ogórków i śmietany. Sałatka z ryżu preparowanego, papryki, kukurydzy, groszku i ogórków konserwowych. Placuszki z kurczaka. Podsmażane ziemniaki. Brokuły zapiekane z żółtym serem. Makaroniki czekoladowo-kokosowe. Szuba ze śledzi, cebuli, ziemniaków, buraków i jajek. I przebój kulinarny nad przebojami: omlet. Moja siostra, kiedy Ojciec ją prosi o jakąś przysługę i pyta, co chce w zamian, zawsze, nieodmiennie odpowiada: omlet (swoją drogą nie wiem na czym to polega, ale mnie też omlety mego Ojca bardziej smakują).
Dzisiejszy dzień przyniósł mi danie proste i szybkie – odpowiednie dla mojego umiłowania prostoty na co dzień i mojego lenistwa. W ogóle zapiekanki mają tę zaletę, że nie tylko są proste, szybkie i dają wiele możliwości wariacji, ale są bardzo odpowiednim posiłkiem na tę porę roku, kiedy przynajmniej jeden ciepły posiłek dziennie jest bardziej niż obowiązkowy.
Poniżej zapiekanka tania, zapiekanka pyszna, zapiekanka bardzo szybko znikająca z talerza.
ZAPIEKANKA ZIEMNIACZANO-SEROWA
1 kg ziemniaków
25 dkg półtłustego białego sera
szklanka mleka
3 jajka
sól, pieprz, kminek mielony
łyżka margaryny do naczynia żaroodpornego
Ziemniaki obrać i pokroić w plasterki, wrzucić na 5 minut do wrzącej wody. Odcedzić. Do sera dodać 1 jajko, sól, pieprz, kminek, połączyć z ziemniakami. Włożyć do naczynia do zapiekania wysmarowanego margaryną. Mleko wymieszać z pozostałymi jajkami, lekko posolić. Zalać zapiekankę. Piec 50 min w temperaturze 180°C.
Bon appétit J!
Przepis pochodzi z książeczki: „Pyszności z piekarnika: zapiekanki, pizze, grzanki” z „Biblioteczki Poradnika Domowego” wydanej przez wydawnictwo „Prószyński Media” w 2009, s. 39.
---
http://bonappetitcava.blogspot.com/2011/02/smak-lenistwa.html

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

poniedziałek, 7 lutego 2011

Wiosenne drinki


Autorem artykułu jest Maciek Komarczuk


Wiosna to pierwsze promienie słońca, więcej radości oraz zabawy. Warto również przy serwowaniu drinków wprowadzić odrobinę świeżości i słońca.

Wiosna to okres budzącej się do życia przyrody i pierwszych intensywniejszych promieni słońca. Więcej słońca, radości czyli elementów nieodłącznie związanych z dobrą zabawą.

Bąbelki Martini Asti stanowią idealną inspiracje do pozytywnych wiosennych zmian. Lekkość i świeżość musującego wina idealnie komponuje się z elegancją i szykiem sprawiając, że czujemy się wyjątkowo, zwiewnie i czarująco. Jednym słowem Wiosennie…

Smak Martini Asti to wyjątkowa kompozycja słodyczy, świeżości oraz aromatu. To właśnie te elementy stanowią idealną harmonie i cechę rozpoznawalna wina Asti. Delikatność, słodycz i aromat winogron Moscato, dojrzewających na słonecznych stokach Piemontu jest zachowana w butelce Martini Asti dzięki unikalnemu procesowi produkcji. Wina musujące można pić same jak również producenci zachęcają to "eksperymentowania" i podawania jego z owocami, które podkreślają wysublimowany smak wina. Skończmy ze stereotypem picia win musujących jedynie w okresie Sylwestra i karnawału, Włosi podkreślają nim zarówno specjalne okazje jak i codzienne spotkania z bliskimi czyniąc z nich prawdziwe "uroczystości".

Martini Asti prezentuje dwa ożywcze drinki na bazie świeżych owoców:

Limas Asti
- 1/2 limonki
- schłodzone Martini Asti do uzupełnienia
1/2 limonki ugnieść, wrzucić kruszony lód i dopełnić Martini
Asti i lekko wymieszać mieszadełkiem.
Następnie udekorować cząstką i twistem z limonki.


Słodki Romans
- kilka kawałków obranego grejpfruta
- 100ml schłodzonego Martini Asti
Kawałki grejpfruta lekko rozgnieść, zalać schłodzonym Martini Asti.
Udekorować plasterkiem cytryny i świeżymi listkami mięty.
Można podawać na lodzie.

Obie propozycje nie stanowią problemu w przygotowaniu a stanowią idealny dodatek i ciekawe urozmaicenie specjalnych okazji.
---
Maciek Komarczuk

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Miód pitny



Autorem artykułu jest Sagiopl


Miód pitny uważany jest na najstarszy napój alkoholowy krajów Europy środkowej i północnej, w których ze względów klimatycznych uprawa winorośli i produkcja win była niemożliwa. W Polsce znany już od czasów Piastów. Pisano o nim „[...] Nie mając wina [Polacy]

Miód pitny uważany jest na najstarszy napój alkoholowy krajów Europy środkowej i północnej, w których ze względów klimatycznych uprawa winorośli i produkcja win była niemożliwa. W Polsce znany już od czasów Piastów. Pisano o nim „[..."> Nie mając wina [Polacy"> robią pewien napój z miodu, który upija ludzi znacznie bardziej niż wino”.

Ponad 1000 lat tradycji

Miód pitny był trunkiem luksusowym i kosztownym, na stołach królewskich Piastów i Jagiellonów oraz w zamożniejszych domach szlacheckich i klasztorach spożywano go przy okazji ważnych uroczystości takich jak np. wesele.

Natomiast sienkiewiczowski Zagłoba nie rozstawał się z gąsiorkiem „wybornego, odstałego, srogiego miodu", który popijał „dla pocieszenia”.

W czasach zaborów miodosytnictwo podupadło, dopiero po drugiej wojnie światowej powrócono do najlepszych tradycji, dzięki czemu Polska jest jedynym na świecie krajem, gdzie na skalę przemysłową produkuje się miód pitny.

Rodzaje i sposób wytwarzania

Miód pitny jest napojem o charakterze zbliżonym do wina, uzyskiwanym w procesie fermentacji alkoholowej z brzeczki miodowej, czyli rozcieńczonego miodu pszczelego. W zależności od stopnia rozcieńczenia miody dzielimy na cztery podstawowe grupy: półtoraki, dwójniaki, trójniaki, czwórniaki.

Najmocniejsze (posiadające największą zawartość alkoholu) są półtoraki. To właśnie one i dwójniaki określane są niekiedy mianem miodów królewskich. Większa zawartość miodu pociąga za sobą konieczność dłuższego leżakowania, i tak trójniak leżakuje od 1,5 roku do 4 lat, półtorak natomiast od ośmiu do dziesięciu.

Dzięki różnorodności aromatów miodu pszczelego, możliwością dodawania do brzeczki miodowej różnych soków owocowych i przypraw ziołowo-korzennych oraz modyfikacji prowadzenia fermentacji i dojrzewania miodów pitnych można uzyskać całą gamę typów, rodzajów i odmian miodów pitnych.

Produkcja miodów pitnych wymaga szczególnego nadzoru i pielęgnacji. Dobór surowca, odpowiednich szczepów drożdży, przygotowanie brzeczki, przebieg fermentacji i czas dojrzewania nastawów mają istotny wpływ na jakość finalnego produktu. Ważnym etapem produkcji jest okres dojrzewania miodów.

W trosce o jakość miodów dotychczasowe metody produkcji świadomie opierają się na tradycyjnych recepturach i technologii. Miody pitne są atrakcyjnym smakowo napojem alkoholowym, wartościowym odżywczo ze względu na podstawowy surowiec, z którego są produkowane oraz, co ma niebagatelne znaczenie, bez dodatku sztucznych aromatów, barwników, konserwantów.
---
Sagio.pl - Dowiedz się czego chcą od Ciebie kobiety!

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Domowe wino krok po kroku - część 1



Autorem artykułu jest Przemysław Ziemichód


Co to jest balon i czym różni się od pojemnika fermentacyjnego?
Czy rurka fermentacyjna jest niezbędna? co będzie Ci potrzebne, aby robić wino w domu? - odpowiedzi na te pytania znajdziesz w tym artykule
Zaczynasz przygodę z winiarstwem? sprawdź co będzie Ci potrzebne



Pojemnik czy Gąsior?


O tym co wybrać - plastik czy szkło pisałem już na łamach Świata Domowych Alkoholi tutaj Dlatego tym razem w dużym skrócie.
Potrzeba nam naczynia do fermentacji, co nie ulega wątpliwości. Jeśli ktoś planuje na pierwszy raz nastaw objętości powyżej 10 litrów śmiało może zaopatrzyć się w plastik. Nie polecam natomiast zaczynania od takiej ilości. Powód jest prozaiczny - jeśli coś nie wyjdzie, to do zlewu powędruje całkiem spora ilość wina.
Często bywa tak, że mamy w rodzinie kogoś, kto winiarstwem się zajmował, bądź zajmuje. Warto zapytać czy nie pożyczy nam sprzętu na trochę. To zawsze spora oszczędność.
Jeśli już, jednak kupować to raczej małe objętości. Na początek 5-10 litrowy szklany gąsiorek powinien wystarczyć.
Gdy tylko przekonamy się, że chętnych na nasze wyroby jest całkiem sporo (kto nie lubi czegoś za darmo :) ) warto kupić 30 litrowy pojemnik fermentacyjny.

Korki, rurki i zamknięcia
Jeśli zdecydowaliśmy się na szkło, będzie nam potrzebny także korek. Najszybciej i najtaniej zaopatrzyć się w gumowy. Trzeba tylko pamiętać o doborze odpowiedniej średnicy. Korek nie może być za duży, bo nie zmieści się w szyjce ani też za mały, bo będziemy mieli problemy z jego wyjęciem.
Kupując przez internet możemy zapoznać się z opisem korka i dobrać odpowiednią średnice do naszego balonu.
Jeśli robimy zakupy w "na żywo", najczęściej istnieje możliwość dopasowania korka do sprzedawanych baniaków.
Plastikowe pojemniki fermentacyjne posiadają najczęściej "firmowo" otwór na rurkę fermentacyjną, więc nie wymagają dokupywania korków.
Co do samych rurek, to polecam te plastikowe. Są, bowiem niewiele droższe, a inwestycja ta sumarycznie opłaci się znacznie bardziej.
Sam, zresztą, mając w pamięci ile kawałków szkła zostawało mi w ręce przy niedbałym wyciąganiu rurek, od jakiegoś czasu używam tylko plastiku.
Dodatkowym plusem PCV, jest to,że rurki z niego wykonane można kupić w zestawie z zatyczką, co wycisza fermentujący nastaw.

zrobić węża w balona

Kolejnym niezbędnym elementem wyposażenia domowego winiarza jest wąż do zlewania wina z nad osadu.
dostępny najczęściej w dwóch wariantach : z pompką lub bez. Warto zadbać także o to, aby miał odpowiednią długość. Zlewanie większej ilości wina krótkim wężykiem może okazać się prawdziwą mordęgą.
O tym jak zrobić, by zwykłe przelewanie naszych napitków było łatwiejsze napiszę już niebawem, na razie poprzestańmy jednak na tym, że długość ma znaczenie.




Nabijamy w butelkę
Gdy już skompletujemy powyższe, warto pomyśleć też o butelkach. Być może korkowanie pierwszego wina będzie jeszcze przesadą, ale wraz z opróżnieniem kolejnych balonów przyjdzie czas na to, aby pomyśleć nieco i o tym.
Butelki najlepiej po prostu zbierać przy okazji każdej imprezy towarzyskiej. Jeśli prowadzimy naprawdę zabawowy tryb życia to szybko uzbieramy potrzebną ilość.
Jeśli nie zostaje jeszcze kilka innych sposobów.
Pracując w gastronomii (lub mając znajomych kelnerów, kucharzy, szefów sali...) również można zebrać pokaźną ilość butelek. W końcu w restauracjach wino sprzedaje się w ilościach nie bagatelnych.
Jeśli jednak nie mamy nikogo w tej branży możemy skorzystać z uprzejmości skupów butelek - jeśli oczywiście uda nam się dogadać z pracownikami,żeby odsprzedali nam kilka. Niestety wtedy najczęściej są to po prostu butelki z win prostych. Ale nie jest to regułą.
Wśród sposobów pozyskiwania butelek spotkałem się jeszcze z jednym.
Podobno można pozyskać szkło z zaprzyjaźnionej parafii. W końcu na coś te pieniądze idą co niedziela.
Próbowałem kiedyś tej metody, jednak proboszcz poinformował mnie,że spożycie wina nie przekracza w kościele 1 butelki tygodniowo... (dobre sobie)
Można też (i to chyba najłatwiejszy sposób) po prostu kupić zgrzewkę nowych butelek. Niemal każdy sklep winiarski posiada je w ofercie.
Jedyną ich wadą jest cena - średnio ponad 1 zł za sztukę.
Do tego warto będzie z czasem dokupić korkownicę, lub korkować plastikowymi korkami. Ale korkowanie to już osobny temat...
---
www.alkohole.blog.onet.pl - jeśli się nie rusza... przefermentuj to!

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl