wtorek, 8 lutego 2011

Przysmaki na królewskie podniebienie



Autorem artykułu jest Ewelina Mółka
Katarzyna Jaworska
Przysmaki na królewskie podniebienie
Podobno śniadanie Casanovy składało się z 50 ostryg. Być może to właśnie im ten największy kochanek w historii zawdzięcza liczne podboje miłosne, gdyż ostrygi uchodzą za jeden z największych afrodyzjaków.
W Polsce owoce morza wciąż jeszcze stanowią rarytas, choć w ostatnim czasie obserwuje się zwiększone zainteresowanie nimi. Oprócz niepowtarzalnego smaku mają również wysoką wartość odżywczą.
Powszechnie używana włoska nazwa frutti di Mare obejmuje wszystkie jadalne morskie lub słodkowodne zwierzęta bezszkieletowe, głównie mięczaki i skorupiaki. Spożycie owoców morza najbardziej rozpowszechnione jest w krajach śródziemnomorskich i na antypodach, stanowią również ważny składnik kuchni azjatyckich.
W Polsce nadal uchodzą za dania wykwintne z uwagi na małą dostępność i dość wysokie ceny. W szerokim wyborze pojawiły się na polskim rynku stosunkowo niedawno. Największe spożycie obserwuje się we Wrocławiu, a najpopularniejsze są krewetki, małże i kalmary.
Wadą owoców morza jest to, że potrawy z nich przyrządzone są nietrwałe. Należy pamiętać, że owoce morza muszą być świeże, gdyż zatrucia pokarmowe wywołane nimi należą do najcięższych, a te pochodzące z zanieczyszczonych wód mogą być toksyczne. Muszą na nie również uważać alergicy, gdyż są bardzo silnym alergenem.
Czym taca bogata
Frutti di Mare stanowią doskonały pomysł wyśmienitych przystawek, składników sałatek, zup, a także dań głównych. Ponadto mają wysoką wartość odżywczą. Zawierają wysokowartościowe białko oraz nienasycone kwasy tłuszczowe, cynk (szczególnie ostrygi i kraby), witaminę B12 (zwłaszcza ostrygi, krewetki, małże i kalmary), witaminy E oraz PP. Ponadto są źródłem cennego fosforu, selenu i potasu, żelaza oraz miedzi. Regularne spożywanie owoców morza wpływa na obniżenie złego cholesterolu we krwi.
Od krewetki do ośmiornicy
Homary – najdroższe okazy tych luksusowych skorupiaków łowi się u wybrzeży francuskiej Bretanii oraz Anglii i Norwegii. Żywy homar ma kolor ciemnoniebieski; po ugotowaniu staje się jasnoczerwony, a jego białe, chude mięso ma wyjątkowo delikatny smak.
Ostrygi – Popularne mięczaki, występujące w Morzu Śródziemnym, w oceanach Atlantyckim i Spokojnym. Smakosze jedzą je surowe prosto ze skorupki, skropione sokiem z cytryny. Można je również gotować, piec, smażyć lub dusić. Uznawane są za wyjątkowo silny afrodyzjak.
Krewetki – Małe skorupiaki, osiągające od 3 cm długości (koktajlowe) do nawet 20 cm (tzw. tigery). Można je kupować świeże, mrożone lub w puszkach. Spożywa się wyłącznie mięso z ogona, w tym celu należy usunąć pancerz, głowę, następnie naciąć grzbiet przez środek i wyjąć czarne jelito.


Małże – Większe małże mają bardziej wyrazisty smak i są używane głównie do zup, można je także gotować otwarte i podawać z roztopionym masłem. Mniejsze spożywa się na surowo.
Kalmary - Najczęściej podaje się je z masłem i z czosnkiem, włożone ponownie do skorupek lub jako składnik innych potraw.
Langusty – Większość mięsa znajduje się w organach wewnętrznych. Można kupować świeże lub mrożone, gotować w wodzie lub na parze. Mięso langusty jest delikatne o lekko słodkawym smaku.
Ośmiornice – Przyrządza się je tak jak kalmary. Mięso ośmiornicy powinno być zbite tłuczkiem aż utraci sprężystość. Należy również przed przyrządzeniem odciąć ssawki i końce ramion. Mniejsze okazy smaży się w całości w cieście, z dużych spożywa się tylko odnóża.
Kraby – występują w Morzu Śródziemnym i w Atlantyku. Sprzedaje się je żywe w skorupie lub bez niej. Można je piec, gotować w wodzie lub na parze. Mięso z kraba jest soczyste i delikatne.


Zbliżoną smakowo do owoców morza grupę kulinarnych rarytasów, które coraz częściej goszczą na naszych stołach, stanowią raki, żaby i ślimaki.
Raki – te słodkowodne skorupiaki występujące głównie we Francji są szczególnie popularne w Skandynawii. Można je kupować żywe lub gotowane, smażyć lub gotować. Krajem, który posiada najdłuższą tradycję jedzenia raków jest Szwecja, były one również jednym z przysmaków kuchni staropolskiej. Dziś na naszych stołach goszczą rzadko z uwagi na rosnące zanieczyszczenie wód, na które raki są bardzo podatne.
Zgodnie z zasadami savoir-vivre’u, mięso raka należy jeść używając specjalnych szczypczyków oraz długiego widelca zakończonego ostrymi szpikulcami, jednak najwygodniejszą metodą ich spożycia jest użycie.. własnych palców.
Żaby – spożywa się ich udka, które w smaku przypominają mięso z kurczaka. Występują w puszkach, mrożone lub świeże. Można je smażyć, dusić albo piec. Spożywać należy rękami, które przepłukuje się wodą z cytryną.
Ślimaki – można kupić świeże lub w puszkach. Podawane są z masłem i z czosnkiem lub jako składnik innych potraw. Ślimaki zwykle podaje się bardzo gorące, dlatego do ich jedzenia używa się specjalnych szczypców, które służą do przytrzymywania skorupki oraz małego dwuzębnego widelca.
Ślimaki nie cieszą się w Polsce dobrą sławą mimo, że na terenie naszego kraju występują masowo winniczki. Są one towarem eksportowym głównie do Francji, gdzie są pod ochroną.
Katarzyna Jaworska jest redaktorem prowadzącym działu Life Style Portalu Skarbiec.Biz
---
http://www.raje-podatkowe.pl/raje_podatkowe38.html
http://www.skarbiec.biz/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Płetwy rekina, kałamarnice, małże i inne przysmaki



Autorem artykułu jest Adam Topor


Może niektórym czytelnikom tytuł ten wyda się nieco przesadzony. Zawsze zadawałem sobie pytanie: Co ci Chińczycy widzą w takich dziwnych potrawach? Zawsze dopóki sam nie spróbowałem. A w prowincji Fukien są to prawdziwe rarytasy.
W tradycyjnej kuchni chińskiej używa się zazwyczaj różnorodność produktów suszonych i niestety raczej nie dostępnych w Polsce (może się mylę - dużo się zmieniło). Chcę przybliżyć oryginalne chińskie potrawy i przytoczyć kilka kulinarnych ciekawostek i odstąpię od ogólnej zasady substytutów. Może uda Ci się kilka chińskich specjałów sprowadzić przez znajomych z zagranicy lub kupić w jakimś dobrym sklepie z orientalnymi rzeczami.

Opowiem Ci o kilku bardzo modnych specyfikach, których w Polsce niestety nie ma a co w Chinach jest prawdziwym rarytasem.

Wyobraź sobie płetwy rekina – tak nie przesłyszałeś się, bardzo smaczna przekąska, z którą nieraz bywa sporo kłopotu. Płetwy muszą być moczone aby zmiękły i nabrały kształtu. Trzeba je obgotować, ostudzić i następnie oczyścić oraz usunąć ości. Po tym zabiegu gotujemy je około 1 godziny aż staną się zupełnie miękkie. W ten sposób mamy płetwy do dalszej obróbki i przyprawiania.

Morski ogórek pisałem o tym na artelis.pl („Trepang”), suszony powinien być namoczony w zimnej wodzie, następnie zagotowany i ostudzony. „Ogórki” te trzeba naciąć na całej ich długości i niestety ponownie moczyć przez kilka dni często zmieniając wodę (niektóre z tradycyjnych chińskich potraw trzeba przygotowywać nieraz cały tydzień).

W tradycyjnej kuchni chińskiej najlepsze jest to, iż nie da się tu nic zrobić „po prostu” każda czynność w kuchni musi być dobrze przemyślana i wykonana z pełną precyzją. Charakter tej kuchni wymaga od nas cierpliwości i chęci do doskonalenia się w kulinarnym rzemiośle. Najlepszą metodą do przygotowywania morskich ogórków w wersji dla niecierpliwych jest zamknięcie ich w szczelnym termosie z wrzącą wodą, gdzie po 24 godzinach są gotowe do dalszego przyrządzania.

Kałamarnica z kolei wymaga dodatku oleju sezamowego. Na pół kilograma suszonej kałamarnicy dodajemy 3 dag. Oleju i szczyptę sody oczyszczonej i tak moczymy kałamarnicę w wodzie. Można również przygotować roztwór składający się z 15% sody, 5% soku ze zwykłej cytryny i 80% wody. Przygotowany roztwór należy przelać przez filtr (podobnie jak z kawą z ekspresu – filtrujemy go) i w nim moczyć suszoną kałamarnicę. Po 3 godzinach należy ją wypłukać pod bieżącą wodą w celu usunięcia kwaśnego smaku. W tym momencie kałamarnica powinna mieć jasnożółty odcień i powinna być niemal przezroczysta.

Małże należy moczyć w zimnej wodzie kilka godzin. Po namoczeniu należy odciąć mięso wokół krawędzi muszli umyć i ugotować. Gotuje się je na parze 2-3 godziny aż do zmięknięcia i tak przygotowane możesz z powodzeniem dodawać do potraw lub dalej przetwarzać i przyrządzać.




---
Czy kultura chińska jest dla Ciebie równie inspirująca? ShuDian the China Ebooks Library

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Smak niedzieli



Autorem artykułu jest Katarzyna Dudziuk


Czy to nie wspaniałe? Cały tydzień jęczę i narzekam, że jeszcze trochę – a wykończy mnie brak słońca, a tu na sam koniec tygodnia, w niedzielę – słońce świeci w całej krasie. Mój duży pokój jest zalany światłem, moje żółte ściany są dziś naprawdę słoneczne...
...a olchowy kolor mebli w słońcu przywołuje mi na myśl wszystkie rozgrzewające rzeczy, o jakich jestem w stanie pomyśleć – z winem z korzeniami na czele.
Kiedy byłam jeszcze mała, zawsze miałam wrażenie, że niedziela jest inna, jest lepsza niż reszta dni tygodnia. Może to tylko moje wspomnienia, które niekoniecznie muszą pokrywać się z rzeczywistością, ale nie pamiętam wielu pochmurnych niedziel. W niedzielę zawsze świeci słońce. W niedzielę po kościele Ojciec zabiera nas na lody. W niedzielę piecze się sernik, albo szarlotkę, albo makowca. W niedzielę nie trzeba iść do przedszkola i można pospać dłużej. W niedzielę popołudniu w telewizji był Teatrzyk Małego Widza, a wieczorem jakaś ciekawa dobranocka. W niedzielę jeździmy na grzyby do lasu. W niedzielę chodzimy z wizytą do znajomych, którzy mają dzieci w naszym wieku. W niedzielę w maju śliwa, która rosła do niedawna przy moim bloku, jest cała pokryta białym kwieciem, a ja mam na sobie po raz pierwszy w roku letnią, żółtą sukienkę bez rękawów. Ach, niedziela…
Dziś, kiedy wstałam z łóżka, poszłam robić do kuchni kawę i promienie słoneczne pierwszy raz złapały mają uwagę, od razu miałam to uczucie, takie przyjemne, wypełniające mnie całą uczucie, jak w tej piosence z „Oklahomy” (wiem, moja słabość do musicali jest straszna):
Oh, what a beautiful mornin’,
Oh, what a beautiful day.
I got a beautiful feelin’,’
Everything’s goin’ my way.
Naturalnie, wiem, że nic się tutaj szczególnego nie wydarzy, bo to w ten sposób nie działa, ale ranek naprawdę był piękny, dzień też jest piękny, i tak właściwie to wszystko idzie po mojej myśli – jak w piosence.
Taki piękny dzień zasługuje, oczywiście, na właściwą oprawę i nie mogę oprzeć się przekonaniu, że to musi być coś słodkiego. Zresztą, w domu moich rodziców to zawsze było coś słodkiego, czego ukoronowaniem był czas, kiedy Mama była w fazie robienia karpatki. Ale już od kilku lat nie mieszkam z rodzicami i zastanawiałam się, czy ja też mam jakieś danie na niedzielę.
I właśnie mam. Jak tak pomyślę, to zaczęłam je mieć nawet dość wcześnie, bo już na studiach. Co prawda, nie robię go co niedziela, bo też nie zawsze mi się chce, ale nie bardzo mogę sobie wyobrazić inny dzień niż niedzielę na przygotowanie tej rzeczy, która łączy w sobie dwie doskonałości: pieczywo i czekoladę.
Mój osobisty smak niedzieli to czekoladowe drożdżówki, na które przepis podaję poniżej. Wszystkiego najlepszego w tę cudowną, słoneczną niedzielę – cieszcie się jej smakiem!
CZEKOLADOWE DROŻDŻÓWKI
12 sztuk
250 g mąki
szczypta soli
2 łyżki stołowe cukru pudru
1 torebka suszonych drożdży instant
3 jajka, roztrzepane i 1 dodatkowe do posmarowania
45 ml ciepłego mleka
115 g masła pokrojonego w kostkę
175 g deserowej czekolady, połamanej na cząstki
Do dużej miski przesiej mąkę i sól, dodaj cukier i drożdże, wymieszaj. Zrób w środku wgłębienie, wlej w nie mleko i jajka. Wyrób mąkę z płynnymi składnikami na dość miękkie ciasto. Przełóż na lekko poprószony mąką blat i wygniataj energicznie około 5 minut, aż ciasto będzie gładkie i elastyczne. Jeśli trzeba dosyp nieco mąki. Dodaj do ciasta masło, po kilka kawałków naraz, ugniatając, żeby każda porcja dobrze się wchłonęła. Kiedy wgnieciesz już całe masło, a na cieście ukażą się małe banieczki, owiń ciasto w celofan i włóż do lodówki na co najmniej 1 godzinę. Jeśli zamierzasz podać drożdżówki na śniadanie, możesz zostawić ciasto w lodówce na noc. Wysmaruj lekko 12 foremek i ułóż je na blaszce do pieczenia. Podziel ciasto na 12 kawałków, uformuj z nich gładkie krążki. W środku każdego umieść kostkę czekolady, sklej brzegi palcami i odrobiną roztrzepanego jajka. Umieść kulki w foremkach – spojeniem do dołu. Przykryj i pozostaw w ciepłym miejscu na około 30 minut, aż podwoją objętość. Rozgrzej piekarnik do 200°C. Posmaruj drożdżówki roztrzepanym jajkiem i piecz 12-15 minut. Przenieś na drucianą podstawkę i nieco wystudź. Podawaj ciepłe. Można zrobić drożdżówki na zapas i podgrzać. Nie podawaj prosto z piekarnika, bo czekolada w środku jest bardzo gorąca.
Bon appétit :-)!
Źródło:
Christine McFadden i Christine France: „Wielka encyklopedia czekolady”, Arkady, Warszawa 1999, s. 228.
---
http://bonappetitcava.blogspot.com/2011/02/smak-lenistwa.html

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Smak lenistwa



Autorem artykułu jest Katarzyna Dudziuk


Nie jest żadną tajemnicą, że prostota w kuchni jest najlepsza. Wielokrotnie zadziwiałam samą siebie, że dania najprostsze, wymagające minimalnego wysiłku i niewielkiego nakładu czasu, są nie tylko najlepszym rozwiązaniem z logistycznego punktu widzenia, ale też rzeczami najsmaczniejszymi na świecie.
W moim przypadku to jednak coś więcej. Jestem z natury leniwa, a próby wychowania mnie na tytana pracy raczej nie powiodły się. Mam głęboki szacunek dla osób pracowitych i dla samej pracy, uważam, że praca utrzymuje człowieka na odpowiednim poziomie moralnym i daje właściwą perspektywę na życie. I nawet sama mam napady pracowitości, kiedy nie śpię, nie jem, nie robię nic – poza tym, że wykonuję daną pracę. Szczęśliwie, nie zdarza się to tak często i dotyczy to jedynie moich zainteresowań. Powtarzam, z natury jestem leniem, a teraz już jestem raczej za stara, by to ze mnie wykorzenić.
Ta może nie za bardzo pochlebna cecha mojego charakteru ma oczywiście,swoje przełożenie w kuchni. Owszem, jestem w stanie poświęcić pół dnia, aby zrobić tort migdałowo-kawowy, bawić się dwoma tortownicami, stresować nad polewą i wychodzić z siebie przy masie kawowej. Więcej, mogę powiedzieć, że potrafię nawet się przemóc i przez cały dzień nie zajmować się niczym więcej, jak tylko przygotowaniem rolady ze szczupaka, której nienawidzę robić z całego serca, ale za to uwielbiam ją jeść. Owszem, mam takie napady pracowitości (albo głodu – jak kto woli).
Tylko, czy gdybym nawet była tym tytanem pracy, to robiłabym sobie tego przysłowiowego szczupaka codziennie? Nie wydaje mi się. W gotowaniu, jak i we wszystkim innym, najgorszymi rzeczami, jakie mogą być jest monotonność i nuda, które potrafią zabić przyjemność nawet z najsmaczniejszej potrawy. Dlatego też na co dzień przygotowuję sobie danie proste, szybkie, najlepiej w dużej ilości i każdego dnia inne.
Jajecznica z 4 jaj i 2 cebul. Mizeria z ogórków i śmietany. Sałatka z ryżu preparowanego, papryki, kukurydzy, groszku i ogórków konserwowych. Placuszki z kurczaka. Podsmażane ziemniaki. Brokuły zapiekane z żółtym serem. Makaroniki czekoladowo-kokosowe. Szuba ze śledzi, cebuli, ziemniaków, buraków i jajek. I przebój kulinarny nad przebojami: omlet. Moja siostra, kiedy Ojciec ją prosi o jakąś przysługę i pyta, co chce w zamian, zawsze, nieodmiennie odpowiada: omlet (swoją drogą nie wiem na czym to polega, ale mnie też omlety mego Ojca bardziej smakują).
Dzisiejszy dzień przyniósł mi danie proste i szybkie – odpowiednie dla mojego umiłowania prostoty na co dzień i mojego lenistwa. W ogóle zapiekanki mają tę zaletę, że nie tylko są proste, szybkie i dają wiele możliwości wariacji, ale są bardzo odpowiednim posiłkiem na tę porę roku, kiedy przynajmniej jeden ciepły posiłek dziennie jest bardziej niż obowiązkowy.
Poniżej zapiekanka tania, zapiekanka pyszna, zapiekanka bardzo szybko znikająca z talerza.
ZAPIEKANKA ZIEMNIACZANO-SEROWA
1 kg ziemniaków
25 dkg półtłustego białego sera
szklanka mleka
3 jajka
sól, pieprz, kminek mielony
łyżka margaryny do naczynia żaroodpornego
Ziemniaki obrać i pokroić w plasterki, wrzucić na 5 minut do wrzącej wody. Odcedzić. Do sera dodać 1 jajko, sól, pieprz, kminek, połączyć z ziemniakami. Włożyć do naczynia do zapiekania wysmarowanego margaryną. Mleko wymieszać z pozostałymi jajkami, lekko posolić. Zalać zapiekankę. Piec 50 min w temperaturze 180°C.
Bon appétit J!
Przepis pochodzi z książeczki: „Pyszności z piekarnika: zapiekanki, pizze, grzanki” z „Biblioteczki Poradnika Domowego” wydanej przez wydawnictwo „Prószyński Media” w 2009, s. 39.
---
http://bonappetitcava.blogspot.com/2011/02/smak-lenistwa.html

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

poniedziałek, 7 lutego 2011

Wiosenne drinki


Autorem artykułu jest Maciek Komarczuk


Wiosna to pierwsze promienie słońca, więcej radości oraz zabawy. Warto również przy serwowaniu drinków wprowadzić odrobinę świeżości i słońca.

Wiosna to okres budzącej się do życia przyrody i pierwszych intensywniejszych promieni słońca. Więcej słońca, radości czyli elementów nieodłącznie związanych z dobrą zabawą.

Bąbelki Martini Asti stanowią idealną inspiracje do pozytywnych wiosennych zmian. Lekkość i świeżość musującego wina idealnie komponuje się z elegancją i szykiem sprawiając, że czujemy się wyjątkowo, zwiewnie i czarująco. Jednym słowem Wiosennie…

Smak Martini Asti to wyjątkowa kompozycja słodyczy, świeżości oraz aromatu. To właśnie te elementy stanowią idealną harmonie i cechę rozpoznawalna wina Asti. Delikatność, słodycz i aromat winogron Moscato, dojrzewających na słonecznych stokach Piemontu jest zachowana w butelce Martini Asti dzięki unikalnemu procesowi produkcji. Wina musujące można pić same jak również producenci zachęcają to "eksperymentowania" i podawania jego z owocami, które podkreślają wysublimowany smak wina. Skończmy ze stereotypem picia win musujących jedynie w okresie Sylwestra i karnawału, Włosi podkreślają nim zarówno specjalne okazje jak i codzienne spotkania z bliskimi czyniąc z nich prawdziwe "uroczystości".

Martini Asti prezentuje dwa ożywcze drinki na bazie świeżych owoców:

Limas Asti
- 1/2 limonki
- schłodzone Martini Asti do uzupełnienia
1/2 limonki ugnieść, wrzucić kruszony lód i dopełnić Martini
Asti i lekko wymieszać mieszadełkiem.
Następnie udekorować cząstką i twistem z limonki.


Słodki Romans
- kilka kawałków obranego grejpfruta
- 100ml schłodzonego Martini Asti
Kawałki grejpfruta lekko rozgnieść, zalać schłodzonym Martini Asti.
Udekorować plasterkiem cytryny i świeżymi listkami mięty.
Można podawać na lodzie.

Obie propozycje nie stanowią problemu w przygotowaniu a stanowią idealny dodatek i ciekawe urozmaicenie specjalnych okazji.
---
Maciek Komarczuk

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Miód pitny



Autorem artykułu jest Sagiopl


Miód pitny uważany jest na najstarszy napój alkoholowy krajów Europy środkowej i północnej, w których ze względów klimatycznych uprawa winorośli i produkcja win była niemożliwa. W Polsce znany już od czasów Piastów. Pisano o nim „[...] Nie mając wina [Polacy]

Miód pitny uważany jest na najstarszy napój alkoholowy krajów Europy środkowej i północnej, w których ze względów klimatycznych uprawa winorośli i produkcja win była niemożliwa. W Polsce znany już od czasów Piastów. Pisano o nim „[..."> Nie mając wina [Polacy"> robią pewien napój z miodu, który upija ludzi znacznie bardziej niż wino”.

Ponad 1000 lat tradycji

Miód pitny był trunkiem luksusowym i kosztownym, na stołach królewskich Piastów i Jagiellonów oraz w zamożniejszych domach szlacheckich i klasztorach spożywano go przy okazji ważnych uroczystości takich jak np. wesele.

Natomiast sienkiewiczowski Zagłoba nie rozstawał się z gąsiorkiem „wybornego, odstałego, srogiego miodu", który popijał „dla pocieszenia”.

W czasach zaborów miodosytnictwo podupadło, dopiero po drugiej wojnie światowej powrócono do najlepszych tradycji, dzięki czemu Polska jest jedynym na świecie krajem, gdzie na skalę przemysłową produkuje się miód pitny.

Rodzaje i sposób wytwarzania

Miód pitny jest napojem o charakterze zbliżonym do wina, uzyskiwanym w procesie fermentacji alkoholowej z brzeczki miodowej, czyli rozcieńczonego miodu pszczelego. W zależności od stopnia rozcieńczenia miody dzielimy na cztery podstawowe grupy: półtoraki, dwójniaki, trójniaki, czwórniaki.

Najmocniejsze (posiadające największą zawartość alkoholu) są półtoraki. To właśnie one i dwójniaki określane są niekiedy mianem miodów królewskich. Większa zawartość miodu pociąga za sobą konieczność dłuższego leżakowania, i tak trójniak leżakuje od 1,5 roku do 4 lat, półtorak natomiast od ośmiu do dziesięciu.

Dzięki różnorodności aromatów miodu pszczelego, możliwością dodawania do brzeczki miodowej różnych soków owocowych i przypraw ziołowo-korzennych oraz modyfikacji prowadzenia fermentacji i dojrzewania miodów pitnych można uzyskać całą gamę typów, rodzajów i odmian miodów pitnych.

Produkcja miodów pitnych wymaga szczególnego nadzoru i pielęgnacji. Dobór surowca, odpowiednich szczepów drożdży, przygotowanie brzeczki, przebieg fermentacji i czas dojrzewania nastawów mają istotny wpływ na jakość finalnego produktu. Ważnym etapem produkcji jest okres dojrzewania miodów.

W trosce o jakość miodów dotychczasowe metody produkcji świadomie opierają się na tradycyjnych recepturach i technologii. Miody pitne są atrakcyjnym smakowo napojem alkoholowym, wartościowym odżywczo ze względu na podstawowy surowiec, z którego są produkowane oraz, co ma niebagatelne znaczenie, bez dodatku sztucznych aromatów, barwników, konserwantów.
---
Sagio.pl - Dowiedz się czego chcą od Ciebie kobiety!

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Domowe wino krok po kroku - część 1



Autorem artykułu jest Przemysław Ziemichód


Co to jest balon i czym różni się od pojemnika fermentacyjnego?
Czy rurka fermentacyjna jest niezbędna? co będzie Ci potrzebne, aby robić wino w domu? - odpowiedzi na te pytania znajdziesz w tym artykule
Zaczynasz przygodę z winiarstwem? sprawdź co będzie Ci potrzebne



Pojemnik czy Gąsior?


O tym co wybrać - plastik czy szkło pisałem już na łamach Świata Domowych Alkoholi tutaj Dlatego tym razem w dużym skrócie.
Potrzeba nam naczynia do fermentacji, co nie ulega wątpliwości. Jeśli ktoś planuje na pierwszy raz nastaw objętości powyżej 10 litrów śmiało może zaopatrzyć się w plastik. Nie polecam natomiast zaczynania od takiej ilości. Powód jest prozaiczny - jeśli coś nie wyjdzie, to do zlewu powędruje całkiem spora ilość wina.
Często bywa tak, że mamy w rodzinie kogoś, kto winiarstwem się zajmował, bądź zajmuje. Warto zapytać czy nie pożyczy nam sprzętu na trochę. To zawsze spora oszczędność.
Jeśli już, jednak kupować to raczej małe objętości. Na początek 5-10 litrowy szklany gąsiorek powinien wystarczyć.
Gdy tylko przekonamy się, że chętnych na nasze wyroby jest całkiem sporo (kto nie lubi czegoś za darmo :) ) warto kupić 30 litrowy pojemnik fermentacyjny.

Korki, rurki i zamknięcia
Jeśli zdecydowaliśmy się na szkło, będzie nam potrzebny także korek. Najszybciej i najtaniej zaopatrzyć się w gumowy. Trzeba tylko pamiętać o doborze odpowiedniej średnicy. Korek nie może być za duży, bo nie zmieści się w szyjce ani też za mały, bo będziemy mieli problemy z jego wyjęciem.
Kupując przez internet możemy zapoznać się z opisem korka i dobrać odpowiednią średnice do naszego balonu.
Jeśli robimy zakupy w "na żywo", najczęściej istnieje możliwość dopasowania korka do sprzedawanych baniaków.
Plastikowe pojemniki fermentacyjne posiadają najczęściej "firmowo" otwór na rurkę fermentacyjną, więc nie wymagają dokupywania korków.
Co do samych rurek, to polecam te plastikowe. Są, bowiem niewiele droższe, a inwestycja ta sumarycznie opłaci się znacznie bardziej.
Sam, zresztą, mając w pamięci ile kawałków szkła zostawało mi w ręce przy niedbałym wyciąganiu rurek, od jakiegoś czasu używam tylko plastiku.
Dodatkowym plusem PCV, jest to,że rurki z niego wykonane można kupić w zestawie z zatyczką, co wycisza fermentujący nastaw.

zrobić węża w balona

Kolejnym niezbędnym elementem wyposażenia domowego winiarza jest wąż do zlewania wina z nad osadu.
dostępny najczęściej w dwóch wariantach : z pompką lub bez. Warto zadbać także o to, aby miał odpowiednią długość. Zlewanie większej ilości wina krótkim wężykiem może okazać się prawdziwą mordęgą.
O tym jak zrobić, by zwykłe przelewanie naszych napitków było łatwiejsze napiszę już niebawem, na razie poprzestańmy jednak na tym, że długość ma znaczenie.




Nabijamy w butelkę
Gdy już skompletujemy powyższe, warto pomyśleć też o butelkach. Być może korkowanie pierwszego wina będzie jeszcze przesadą, ale wraz z opróżnieniem kolejnych balonów przyjdzie czas na to, aby pomyśleć nieco i o tym.
Butelki najlepiej po prostu zbierać przy okazji każdej imprezy towarzyskiej. Jeśli prowadzimy naprawdę zabawowy tryb życia to szybko uzbieramy potrzebną ilość.
Jeśli nie zostaje jeszcze kilka innych sposobów.
Pracując w gastronomii (lub mając znajomych kelnerów, kucharzy, szefów sali...) również można zebrać pokaźną ilość butelek. W końcu w restauracjach wino sprzedaje się w ilościach nie bagatelnych.
Jeśli jednak nie mamy nikogo w tej branży możemy skorzystać z uprzejmości skupów butelek - jeśli oczywiście uda nam się dogadać z pracownikami,żeby odsprzedali nam kilka. Niestety wtedy najczęściej są to po prostu butelki z win prostych. Ale nie jest to regułą.
Wśród sposobów pozyskiwania butelek spotkałem się jeszcze z jednym.
Podobno można pozyskać szkło z zaprzyjaźnionej parafii. W końcu na coś te pieniądze idą co niedziela.
Próbowałem kiedyś tej metody, jednak proboszcz poinformował mnie,że spożycie wina nie przekracza w kościele 1 butelki tygodniowo... (dobre sobie)
Można też (i to chyba najłatwiejszy sposób) po prostu kupić zgrzewkę nowych butelek. Niemal każdy sklep winiarski posiada je w ofercie.
Jedyną ich wadą jest cena - średnio ponad 1 zł za sztukę.
Do tego warto będzie z czasem dokupić korkownicę, lub korkować plastikowymi korkami. Ale korkowanie to już osobny temat...
---
www.alkohole.blog.onet.pl - jeśli się nie rusza... przefermentuj to!

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Wino domowe. Jak zrobić wino w domu?



Autorem artykułu jest Rafał Wawrowski


Jednym z najważniejszych powodów, dla których podejmujemy próbę przygotowania wina, piwa, miodów pitnych w domu, jest chęć sporządzenia trunku o wyjątkowych walorach smakowych. Niejednokrotnie dużo lepszych od tych, które można spotkać na półkach sklepowych.
Wyrób alkoholi domowych, wina domowego, jest wspaniałym hobby. Hobby pięknym i przyjemnym. Jednym z najważniejszych powodów, dla których podejmujemy próbę przygotowania wina, piwa, miodów pitnych w domu, jest chęć sporządzenia trunku o wyjątkowych walorach smakowych. Niejednokrotnie dużo lepszych od tych, które można spotkać na półkach sklepowych. Ogromną satysfakcję sprawi nam poczęstowanie rodziny czy znajomych alkoholem własnej roboty i usłyszenie od nich słów pochwały oraz zachwytu. Każdy, kto posiada owoce – z własnej działki, lub dostaje je od rodziny, znajomych, bądź też kupuje – może przerobić je na wino domowe.
Do domowego winiarstwa możemy użyć:
Owoce świeże - są podstawowym surowcem do wyrobu wina. W naszym domowym winiarskim hobby możemy użyć każdego owocu dostępnego na rynku. Mogą być to owoce krajowe np.: winogrona, jabłka, gruszki, śliwki, porzeczka, agrest, aronia, maliny, truskawki. Mogą być to także owoce południowe np.: cytryny, pomarańcze, ananasy, daktyle, granaty, mango, kiwi. Przy doborze owoców musimy jedynie pamiętać, że nie jest prawdą, że do wina możemy dodawać owoce nadgniłe i gorszej jakości, ponieważ wino z takich owoców będzie kiepskiej jakości i o marnym smaku.
Owoce suszone – doskonały dodatek do win, dostępne przez cały rok, należy pamiętać, że w owocach suszonych na skutek odparowania wody wszystkie składniki występują w zagęszczeniu. Przed dodaniem ich do fermentacji należy je umyć i rozdrobnić. Doskonałe efekty można uzyskać poprzez połączenie owoców świeżych i suszonych.
Owoce mrożone – kupne jak i samodzielnie mrożone w okresie letnim.
Owoce w puszkach – również nadają się do przygotowywania win np.: egzotycznych jak Sangria. Używając owoców w puszkach (np.: ananasów) należy dodać je do wina razem z zalewą w której się znajdują.
Miód – w domowym wyrobie alkoholi może pełnić dwojaką rolę: jako surowiec podstawowy w produkcji miodów pitnych lub jako surowiec dodatkowy, uszlachetniający wina gronowe, owocowe, a nawet piwa jak i mocne trunki.
Zboża – najczęściej wykorzystywane jest żyto, pszenica, ryż i kukurydza. Przygotowanie z nich wina jest bardzo proste. Surowiec ten nie wymaga wstępnej obróbki jak w przypadku owoców świeżych.
Kompoty, dżemy – możemy je przerabiać na wina, należy tylko uważać by nie były popsute.
Niezbędny sprzęt do domowego wyrobu wina:
- Balony szklane lub pojemniki do prowadzenia fermentacji;
- Korek i rurka fermentacyjna
- Wężyki do spuszczania wina
- Wskaźnik do mierzenia cukru – cukromierz
Powyższy sprzęt jest to niezbędne minimum które pozwoli nam na rozpoczęcie przygody z domowym winiarstwem. Asortyment dostępny w wielu sklepach winiarskich.
Etapy produkcji wina:
Owoce – owoce wybieramy zawsze świeże i dojrzałe, należy je dobrze umyć, usunąć pestki.
Uzyskanie soku lub fermentacja w miazdze – wino możemy fermentować z soku uzyskanego z owoców (np.: z sokowirówki), możemy użyć też różnego rodzaju pras dostępnych na rynku. Możliwa jest też fermentacja w miazdze. W tym celu należy owoce rozgnieść i dodać preparat enzymatyczny. Przygotowany nastaw należy uzupełnić wodą i cukrem, a następnie dodać wodę, pożywkę i drożdże.
Fermentacja trwa od 1 do 4 tygodni. Po tym czasie wino należy zlać znad osadu do czystego pojemnika (fermentatora) i tam nadal zamknięte korkiem z rurką fermentacyjną powinno dokończyć swoją fermentację. W tym czasie wino należy zlać znad osadu 2-3 razy co 1-2 miesiące. Po całkowitym wyklarowaniu się, wino jest gotowe do zlania do butelek i zakorkowania.
Leżakowanie w piwnicy poprawi smak każdego wina.
Serdecznie polecam.
---
Po więcej informacji o produkcji wina zapraszam na stronę.
Sklep winiarski WinoHOBBY.

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Cannelloni, czyli makaron z wnętrzem



Autorem artykułu jest Ada Sagała


Chyba każdy lubi od czasu do czasu zjeść włoską potrawę. Większość z nich to makarony różnego rodzaju połączone z pysznymi sosami. Mogą być mięsne albo wegetariańskie, składać się z samych serów albo mieć dodatek owoców morza.
Spaghetti, lasagne i... cannelloni, czyli świat włoskich smaków.

Can...
Chyba każdy lubi od czasu do czasu zjeść włoską potrawę. Większość z nich to makarony różnego rodzaju połączone z pysznymi sosami. Mogą być mięsne albo wegetariańskie, składać się z samych serów albo mieć dodatek owoców morza.
Spaghetti, lasagne i... cannelloni, czyli świat włoskich smaków.

Cannelloni zawdzięcza swoją nazwę włoskiemu słowu, które oznacza „dużą rurę”, można je również tłumaczyć jako „duża piszczałka”.
Zgodnie z tym drugim tłumaczeniem amerykański kompozytor Peter Schickele zamówił nieugotowaną tubę makaronu, nazwał ją „tuba mirum” i używa jako instrumentu. Podobno pusty makaron pełni w jego muzyce rolę trąbki.

Cannelloni to makaron o kształcie walca pustego w środku. Ma zazwyczaj około 7 – 10 cm długości. Jego puste wnętrze zachęca do wypełnienia go jakimś farszem. Najsławniejszy środek to po prostu pomidory, cebula, czosnek i mielone mięso. Cannelloni polewamy jeszcze sosem z mleka i sera ricotty, przekładamy kawałkami pomidorów i pieczemy.
To pyszna propozycja dla tych, którzy lubią aromatyczną włoską kuchnię.

Historia tego dania zaczyna się jeszcze w XIX stuleciu, bo właśnie wtedy w Neapolu rodzi się Nicola Federico – kucharz i wynalazca cannelloni. Jako młody chłopak przeniósł się z Neapolu do Sorrento i poślubił młodą dziewczynę – Fortunatę Scarpati. Zaczął pracować w restauracji La Favorita i właśnie tam w 1907 roku wpadł na pomysł cannelloni. Nicola pracował w tej restauracji przez 31 lat i stał się sławny na całe Włochy dzięki potrawie, którą wymyślił.

W czasie II Wojny Światowej wielu mieszkańców Neapolu uciekało przed bombardowaniami do Sorrento. Dzięki napływowi ludzi cannelloni stawało się coraz bardziej popularne, szczególnie jako danie na niedzielne obiady. W restauracji La Favorita w ciągu zaledwie jednego dnia zjadano 120 kg samego makaronu cannelloni, nie licząc farszu!

Restauracja miała także specjalistkę od sosów do makaronu – Luisellę Romano. Każdego dnia obierała pomidory ze skórki i kładła je w naczyniach na słońcu, aby obeschły. Do pomidorów dodawała kopru, cebuli, czosnku, oliwy z oliwek i mięsa (zawsze wieprzowiny albo wołowiny).
Sekret sosu Luiselli tkwił w bardzo wolnym gotowaniu. Jej sosy zaczynały się gotować dzień przed podaniem!

Dzisiaj cannelloni jest bardzo popularne i często gości na stołach w różnych krajach. Moda na kuchnię włoską trwa.
Proponuję przepis na tradycyjne cannelloni, podobne do tego, jakie serwowano w Sorrento.

Składniki :
350 g mieszanego mięsa mielonego,
2 łyżki oleju.
1 cebula,
1 ząbek czosnku.
1/2 pęczka oregano,
200 g pokrojonych pomidorów (z puszki),
1 łyżeczka marynowanego zielonego pieprzu, czarny pieprz,
16 rurek cannelloni
250 g sera ricotta,
375 ml mleka.
4 łyżki startego parmezanu

Mięso mocno podsmażyć na rozgrzanym oleju. Cebulę i czosnek oczyścić, pokroić w kostkę, dodać do mięsa i przesmażyć. Oregano opłukać i osuszyć, listki poodrywać od gałązek i dodać do mięsa. Następnie dodać 4 łyżki pomidorów i zielony pieprz, smażyć ok. 5 minut na wolnym ogniu, stale mieszając. Mięso doprawić solą i pieprzem. Piekarnik rozgrzać do 200°C. Cannelloni napełnić farszem mięsnym i ułożyć w natłuszczonym naczyniu żaroodpornym. Ser wymieszać z mlekiem, doprawić solą i pieprzem. Resztę pomidorów ułożyć wokół cannelloni, na makaron wyłożyć ser z mlekiem, posypać parmezanem. Cannelloni piec ok. 30 minut.

Do tego proponuję czerwone wino, aby dopełnić naszego włoskiego doświadczenia!
---
www.gendai.pl www.dlaurody.pl

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Każdy gotuje inaczej, np. rosół...



Autorem artykułu jest Krzysztof Kris


Słyszeliście różne opinie na temat gotowania i smaku rosołu? No pewnie, każdy jest inny w smaku tak naprawdę. A więc gdzie tkwi tajemnica? A no właśnie...
Nie z jednej "miski" jadłem rosół i co? Ile kucharzy, tyle smaków. Każdy rosół jest inny - z takim stwierdzeniem spotykam się zawsze, kiedy tylko rozmawiam z przyjaciółmi na temat sposobów gotowania dobrego rosołu.
Zatem podaję mój własny sposób na rosół domowy, pozostawiam kwestię doboru makaronu ( polecam bardzo cienki - nitki ). Cała tajemnica gotowania tego rosołu polega na kolejności dodawania składników, ale nie tylko. Jeżeli ktoś będzie zainteresowany szczegółami, zapraszam do rozmów i dzielenia się doświadczeniem.

Składniki na około 3-4 litry rosołu domowego.

3-4 udka z kurczaka
skrzydło z indyka
30 dkg mięsa wołowego rostbef lub mostek
pół małego selera
2 marchewki średnie lub 1 duża
2 średnie pietruszki korzeń
ćwiartka kapusty włoskiej
1 kostka rosołowa wołowa
5-6 łyżek stołowych maggi w płynie
płaska łyżka stołowa vegety
pietruszka zielona
sól, pieprz do smaku.

Kolejność przyrządzania jest bardzo ważna, proszę spróbować tak jak dokładnie piszę poniżej.

Mięso na rosół należy oczyścić pod bieżącą wodą, najlepiej letnią, szczególnie udka z kurczaka.
Następnie wypłukane mięso włożyć do garczka, zalać 3/4 pojemności zimną wodą, tak aby woda nie była wlewana silnym strumieniem (to powoduje, że z mięsa uwalnia się więcej małych odpadów-szumowin), tylko powoli wypełniała naczynie. Posolić - 1 małą płaską łyżeczkę do herbaty, gotować do wypłynięcia na wierzch tzw. szumowin. Kiedy to nastąpi (należy nie dopuścić do tzw. kipienia), zalać wywar szklanką zimnej wody i zmniejszyć ogień, na którym gotujemy do minimum. Podczas gotowania wywaru przygotowujemy warzywa (obieramy i kroimy według uznania) i pozostałe składniki. Zbieramy bardzo dokładnie szumowiny, aż do całkowitej przejrzystości wywaru. Najlepiej użyć do tego zwykłej łyżki stołowej. I chociaż to żmudna praca, przełoży się na wygląd i smak rosołu w efekcie końcowym. Dopiero teraz dodajemy wszystkie warzywa, płaską łyżkę vegety, 5 płaskich łyżek maggi w płynie (polecam Winiary), na koniec pieprz mielony według uznania. Przykrywamy naczynie pokrywką, zwiększamy gaz i pilnujemy, aby ponownie doszło do zagotowania (uważając, aby wywar nie wykipiał). Następnie, po zagotowaniu, znowu zmniejszamy ogień w palniku, do minimum. Przykrywamy nasz rosół i obserwujemy do momentu, kiedy zacznie gotować się w taki sposób, aby ledwo co widoczne było w garnku jego wrzenie. Co 10-15 minut proponuję przemieszać wywar, zwracając uwagę na to, aby utrzymywał się w ciągłym stanie minimalnego gotowania (powinny być widoczne małe bąbelki na powierzchni wywaru). Po około 40 minutach wyciągamy udka z kurczaka na talerz, dodajemy posiekanej natki pietruszki i gotujemy nadal, około 20 minut.
Makaron do rosołu powinien być po ugotowaniu natychmiast przelany zimną wodą, tak aby po przełożeniu do naczynia typu miseczka lub głęboki talerz był zimny. Nie polecam trzymania makaronu w durszlaku. Do gotowania makaronu użyjcie 2-3 łyżek oleju (dodaje się go po wrzuceniu makaronu na wrzątek). To powoduje, że makaron nie jest klejący.

Przepis prosty, ale tak jak wspomniałem na początku - kolejność dodawania składników i proces gotowania jak wyżej, wpływa na smak naszego polskiego rosołu.

Smacznego
Krzysztof




---
http://kulinarneswoje.blogspot.com/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

piątek, 4 lutego 2011

Smak pomarańczy

Autorem artykułu jest Katarzyna Dudziuk


Kocham zimę – naprawdę. Uwielbiam śnieg, i nie przeszkadza mi niska temperatura (o ile nie jest za niska). Ale brak słońca wpędza mnie w depresję. Tęsknię za światłem i za promieniami słonecznymi. I z tej całej tęsknoty zaczęłam myśleć o pomarańczach.
W sposób naturalny kojarzę te owoce ze słońcem i z latem. W ogóle cytrusy przywołują mi na myśl ciepłe kraje. Afrykańskie sawanny, południowoamerykańskie plantacje, i – z powodu Gabriela Garcii Marqueza – kolumbijskie dżungle z barwnymi papugami. Pomarańcze, cytryny, banany, grejfruty, kiwi, mandarynki, mango, papaje, ananasy, limonki, arbuzy, awokado, figi, granaty, daktyle, melony, gujawy, kokosy, itd. – sama myśl o nich przenosi mnie na jakąś odległą plażę z lazurową wodą i słońcem tak jasnym, że oślepia.
Pomarańcze zaczęłam jeść późno – po długiej egzystencji jako „niejadek”. Inną rzeczą jest, że w czasach mojego dzieciństwa widywałam pomarańcze rzadko, a kiedy zaczęłam widywać je częściej – miałam już ustalone gusta, ukierunkowane ściśle na landrynki pomarańczowe (sic!) i jabłka. Przełom nastąpił kiedy miałam lat 16, choć przyznam się szczerze, nie pamiętam chwili, kiedy pierwszy raz spróbowałam tego owocu.
Niemniej, kiedy myślę o słońcu i cieple, nieodmiennie nasuwają mi się na myśl pomarańcze. Kiedy przypominam sobie lipcowe upały, od razy przypominam sobie mrożony sok pomarańczowy, który dla mnie w taka porę jest bardzo odświeżający i energetyzujący. Możliwe, że słońce i pomarańcze kojarzą mi się ze sobą ze względu na kształt i kolor, jakkolwiek banalne by to nie było. Jednak w samym smaku pomarańczy jest coś takiego, coś nieuchwytnego, a kojarzącego się z wakacjami, ciepłem, plażą, lenistwem i dobroczynnym słońcem.
Przyznam się, że pomarańcze nasuwają mi całą masę skojarzeń literackich i nie tylko. Począwszy od Juliana Tuwima „Sen złotowłosej dziewczynki” (Marek Grechuta napisał do słów tego wiersza muzykę):
(…)
Pani pyta, czy walca tańczę?
Ach, zatańczę... jak sen dziewczynki!
Mandarynki i pomarańcze,
Pomarańcze i mandarynki.
Żeby pozostać przy piosenkach, wszyscy na pewno kojarzą piosenkę Tadeusza Woźniaka „Smak i zapach pomarańczy”:
(…)
Lubię kiedy jest sobota,
Gdy po wszystkich już kłopotach.
Lubię śpiewać, lubię tańczyć,
Lubię zapach pomarańczy.
Jednak moim ukochanym „pomarańczowym” skojarzeniem jest początek wiersza Wallace’a Stevensa w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka „Niedzielny poranek”:
Błogie wygody peniuaru, późna
Kawa i pomarańcze w słonecznym fotelu,
Zielona wolność papugi kakadu
Na dywaniku – wszystko, zmieszane, rozprasza
Świętą ciszę obrzędu odwiecznej ofiary. (…)
I właśnie z powodu tych wszystkich myśli, i tych wszystkich fantazji o słonecznych plażach, i powyższych skojarzeń literackich, poniżej podaję przepis na marokańską sałatkę z pomarańczami. Słońca pewnie jeszcze przez jakiś czas nie zobaczę. Ale sałatkę zrobię i zjem.
SAŁATKA Z POMARAŃCZY, ORZECHÓW WŁOSKICH I DAKTYLI
1 drobno poszatkowana sałata masłowa, lub krucha lodowa, lub dębolistna; można użyć mieszanki tych sałat
3 średnie pomarańcze
50 g posiekanych świeżych daktyli (jeśli można je dostać) – ja zawsze używałam suszonych
50 g posiekanych orzechów włoskich
½ łyżeczki cynamonu
Sos:
Sok z 1 cytryny
2 łyżki stołowe cukru
2 łyżki stołowe wody z kwiatu z pomarańczy lub 2 łyżki stołowe soku wyciśniętego z pomarańczy
Umieścić przygotowaną sałatę w dużej, płytkiej salaterce. Obrać pomarańcze nad miseczką, aby krople soku do niej spłynęły i usunąć wszystkie pestki. Pokroić pomarańcze na średniej grubości plastry i ułożyć je w krąg na sałacie. Dodać pokrojone orzechy włoskie i daktyle. Wszystkie składniki sosu połączyć z sokiem pomarańczowym i otrzymanym sosem polać sałatkę. Po wierzchu posypać cynamonem.
Bon appétit :-)!
---
Przepis pochodzi z dwutygodnika „Świat Kuchni. Samouczek dobrego gotowania” wydawanego przez „Marshall Cavendish. Polska Sp. z o.o.” w latach 1997-2000, z działu: „Przystawki, zakąski i sałatki”, strona 22.
http://bonappetitcava.blogspot.com/2011/02/smak-pomaranczy.html

Artykuł pochodzi z serwisu http://artelis.pl/

Organizujemy przyjęcie okolicznościowe – czy zamówić catering ?

Autorem artykułu jest ZaVka


Jeżeli chcemy zorganizować przyjęcie okolicznościowe należy najpierw zrobić dokładną listę zadań do wykonania i skalkulować koszty i czas jaki będziemy musieli poświęcić na zorganizowanie tego przyjęcia. Po takiej analizie można sprawdzić jakie ceny proponują firmy oferujące catering.
catering WarszawaCeny oczywiście będą się różniły w zależności czy to będzie usługa wykonywana np. w Warszawie, czy w Radomiu ale również ceny produktów też będą nieco zróżnicowane w zależności w jakim mieście mieszkamy. Po ustaleniu kosztów możemy zadecydować czy ceny jakie proponują firmy cateringowe (oczywiście porównujemy podobne menu jakie ewentualnie byśmy robili organizując imprezę sami) są atrakcyjne i w porównaniu z wydatkami jakie byśmy ponieśli kupując produkty sami i czasu poświęconego na przygotowanie potraw usługi cateringowe okazują się wartą przemyślenia alternatywą.
Kiedy zdecydujemy się, że przyjęcie będziemy organizowali sami należy pamiętać, aby na przyjęcie przygotowywać dania, które wcześniej wypróbowaliśmy, nie należy ryzykować z nowymi przepisami. Natomiast decydując się na catering możemy zdać się na doświadczenie i umiejętności pracowników takiej firmy i zamówić dania polecone przez nich.
Należy także przed przyjęciem zdecydować się, jakie przyjęcie chcemy zorganizować, np. czy będzie to kolacja czy piknik w ogrodzie. Przy wybraniu drugiego wariantu zdecydowanie łatwiej będzie nam jeżeli skorzystamy z usług firmy oferującej catering. Firma taka powinna posiadać sprzęt piknikowy, stoły, grille i dowiezie nam wraz z jedzeniem całe wyposażenie na miejsce imprezy.
Przed przyjęciem również musimy przygotować listę gości, których chcemy zaprosić na przyjęcie. Po ustaleniu menu należy zrobić listę wszystkich produktów, które będą niezbędne do wykonania wybranych potraw, ewentualnie przekazać menu firmie cateringowej. Następnie należy zaprosić gości, można to zrobić telefonicznie lub e-mailem. Na ważne przyjęcia należy wysyłać zaproszenia pisemne.
Jeżeli przyjęcie organizujemy sami, tydzień przed należy kupić produkty, które mają długi termin ważności. Można również przygotować potrawy, które można zamrozić. Należy także sprawdzić, czy obrusy i serwetki są czyste. Dwa dni przed przyjęciem trzeba dokupić pozostałe produkty, owoce i warzywa najlepiej kupić w dniu przyjęcia. Oczywiście te czynności nie będą nam zaprzątały głowy przed przyjęciem, jeżeli skorzystamy z firmy oferującej usługi cateringowe.
Dzień przed przyjęciem należy posprzątać dom: łazienkę, sypialnię, należy zrobić miejsce w przedpokoju na ubrania gości. Jeżeli mamy już wszystko gotowe to pozostało nam tylko czekać na gości i dobrze się bawić podczas naszego przyjęcia.
---

Artykuł pochodzi z serwisu http://artelis.pl/

Ciasto francuskie z kremem (napoleonki - kremówki)

Autorem artykułu jest megi


Rodzina będzie zachwycona. Robiąc ciasto francuskie zachwycisz całą rodzinę. Ciasto francuskie jest bardzo smaczne i proste w przygotowaniu. Życzę smacznego.
Przyrządzić ciasto maślane: mąkę przesiać na stolnicę, włożyć masło, posiekać na jednolitą masę.
Przyrządzić ciasto podstawowe: z mąki, wody, octu, 1/2 jajka zagnieść ciasto jak na pierogi. Starannie wyrobić, wywałkować, nadając kształt koła, środek ciasta zostawić nieco grubszy, na nim ułożyć ciasto maślane, ukształtowane w prostokąt. Złożyć ciasto w kopertę, wałkować przyciskając lekko (aby ciasto nie popękało). Nadać formę prostokąta, złożyć na 3 części, wynieść owinięte w serwetkę na lód lub do zimnego miejsca. Powtórzyć wałkowanie 3 razy co 15-20 minut nie licząc pierwszego składania. Ostatni raz wywałkować ciasto na grubość 1 cm, wyłożyć na blachę, wstawić do bardzo gorącego piekarnika (temperatura powinna wynosić 300 st. C ). Piec około 15 minut. Gdy ciasto lekko się zrumieni na kolor jasnozłoty, wyjąć i ostudzić.
Przyrządzić krem; żółtka, jajko, utłuczoną wanilię utrzeć z cukrem na pulchną masę. Zagotować 1/4 litra mleka. Resztę zimnego mleka (1/4 l) wymieszać z mąką ziemniaczaną, wlać do gotującego się mleka, zagotować gorącą masę, ciągle mieszając połączyć z utartymi jajami. Ogrzewać na gorącej płycie lub zagęścić na parze stale mieszając, a następnie w dalszym ciągu mieszając ostudzić w zimnej wodzie. Upieczone ciasto podzielić w poprzek długości na 2 równe części. Na jedną część nałożyć równo gęsty krem, przykryć drugą połową. Ostrym, cienkim nożem wyrównać brzegi. Górną warstwę ciasta pokrajać dużymi nożyczkami w kwadraty. Po śladach tych przecinać do podstawy ostrym, cienkim, długim nożem. Z wierzchu oprószyć cukrem - pudrem z wanilią. Ciasto francuskie można przekładać masą kawową, masą owocową itp.
PRODUKTY:
ciasto maślane: 30 dkg masła lub margaryny, 10 dkg mąki.
ciasto podstawowe (kluskowe) : 20 dkg mąki, 1/2 jaja, woda, 1/2 łyżki octu (6%)
krem : 1/2 litra mleka, 4 żółtka, 1 jajo, 8-10 dkg cukru, 1/2 laski wanilii, 3 dkg mąki ziemniaczanej, 3 dkg cukru-pudru do posypania.
---
megi
http://mojegotowanko.blogspot.com/

Artykuł pochodzi z serwisu http://artelis.pl/

Klopsiki w kapuście

Autorem artykułu jest megi


Chcesz przygotować coś naprawdę pysznego? Zrób wspaniałe klopsiki w kapuście. Jego przygotowanie nie sprawi ci żadnego problemu. Przygotowanie dla czterech osób.
Cebulę pokrój w drobną kostkę, zeszklij na rozgrzanej oliwie z oliwek, dodaj pokrojoną w paseczki kapustę. Całość podduś. Następnie dolej ocet, sok jabłkowy, wodę i rosół. Wymieszaj i gotuj pod przykryciem około 30 minut. Dodaj przyprawy - jagodę jałowca, goździki oraz liść laurowy. Jabłka obierz, podziel na ćwiartki, usuń gniazda nasienne, dodaj tuż przed końcem gotowania. Przygotuj klopsiki. Wymieszaj mleko, cukier, rodzynki, cynamon i sól. Całość podgrzej, masą polej rozdrobniony chleb wieloziarnisty i pozostaw na 15 minut. Dodaj jajko i żółtko, wymieszaj. Następnie uformuj dłońmi nieduże klopsy i gotuj na małym ogniu w osolonej wrzącej wodzie około 10 minut. Wyłóż na półmisek w kształcie serca. Danie podawaj gorące.
PRODUKTY :
- 250 g czerwonej kapusty pokrojonej w paski ,
- 2 cebule,
- 2 łyżki stołowe oliwy z oliwek,
- 1 jagoda jałowca,
- 2 goździki,
- 1 liść laurowy,
- 500 ml soku jabłkowego,
- 250 ml wody,
- 2 łyżki stołowe rosołu,
- 1 łyżka stołowa octu winnego,
- 2 kwaśne jabłka,
NA KLOPSIKI :
- 100 ml mleka,
- 1 łyżka stołowa cukru,
- 1 łyżka stołowa rodzynek,
- 1 łyżeczka cynamonu,
- sól do smaku
- 250 g chleba wieloziarnistego,
- 1 jajko,
- 1 żółtko,
Rada : duże liście kapusty można szybko pokroić za pomocą krajalnicy do pieczywa. Zapach gotowanej kapusty usunie liść laurowy.
Robiąc klopsiki w kapuście zachwycisz całą rodzinę a nawet teściową. Życzę wszystkim smakoszom smacznego.
Pozdrawiam megi.
---
megi
http://mojegotowanko.blogspot.com/

Artykuł pochodzi z serwisu http://artelis.pl/

Szaszłyk turecki z ryżem (z baraniny)

Autorem artykułu jest megi


Szaszłyk turecki może posłużyć jako przystawka do dania głównego, jak również świetna przekąska do grilla. To doskonały pomysł na przyjęcie lub na wyśmienity obiad.
Mięso opłukać, obrać z powięzi i nadmiaru tłuszczu, pokrajać na 28-32 plastry średnicy około 4 cm. Czosnek bardzo drobno posiekać, cebulę pokrajać w równe, cienkie talarki. Plastry mięsa osolić, posypać siekanym czosnkiem, zmielonym pieprzem i angielskim zielem, po czym skropić octem. Przygotowane mięso ułożyć w misce warstwami na przemian z talarkami cebuli i pozostawić pod przykryciem na 2-3 godziny. Przyrządzić ryż : opłukać w zimnej wodzie (zagotować 2 razy tyle wody, ile wynosi objętość ryżu), zalać ryż, dodać posiekaną, zrumienioną na tłuszczu cebulę, konserwę pomidorową, osolić, zamieszać. Gotować powoli, gdy płyn wsiąknie w ryż, zamieszać i wypiec w piekarniku. Prostokątny kawałek słoniny o szerokości boku około 4 cm pokrajać na 24-28 cienkich plasterków. Pomidory pokrajać w talarki. Przygotować 4 drewniane patyczki grubości około1/3 cm, długości około 15 cm. Plastry mięsa nabić na patyczki na przemian z plasterkami słoniny, a na każdy patyczek nabić ponadto po 2-3 talarki pomidorów i cebuli. Silnie rozgrzać tłuszcz na patelni i krótko smażyć na nim szaszłyki, tak aby plastry mięsa mocno zrumieniły się ze wszystkich stron, a wewnątrz pozostały różowe. Na rozgrzany półmisek nałożyć warstwę ryżu, na niej ułożyć szaszłyki, nie zdejmując mięsa z patyczków i oblać tłuszczem ze smażenia. Podawać posypane zieloną, grubo posiekaną pietruszką z frytkami i sałatą.
PRODUKTY:
- 60 dkg baraniny bez kości z udźca lub combra,
- 15 dkg słoniny,
- 15 dkg cebuli,
- 10 dkg pomidorów,
- 2-3 ząbki czosnku,
- ziele angielskie,
- pieprz,
- ocet,
- sól,
- 3 dkg tłuszczu,
- 5 dkg cebuli,
- 5 dkg koncentratu pomidorowego (12%)
---
megi
http://mojegotowanko.blogspot.com/

Artykuł pochodzi z serwisu http://artelis.pl/

wtorek, 1 lutego 2011

Z życia kawy...



Autorem artykułu jest kawaiherbata .


Pierwsze tysiąclecie przed naszą erą spłodziło owoce kawowca w Etiopii. Mieszkańcy nie potrafili jeszcze wtedy uprawiać kawy, dlatego zbierali ją jedynie ze stanowisk naturalnych. Ziarna kawy gotowane były z dodatkiem soli i masła.
Rzecz się zmieniła, gdy na przełomie ósmego i dziewiątego wieku naszej ery do Jemenu przywiezione zostały ziarna kawowca. To właśnie tam stworzono wszelkie podstawowe metody preparowania nasion przez parzenie oraz wytwarzania z nich kawy jako napoju. To właśnie stamtąd Beduini roznieśli wieść o kawie po całej Arabii.
Potem nadszedł kolejny ważny wiek w historii kawy. W końcówce piętnastego wieku Arabia podczas swojej ekspansji na bliskim wschodzie zarażała mieszkańców zwyczajem picia kawy. Port Al.-Mucha na morzu czerwonym stał się miejscem, w którym odbywała się większość transakcji związanych z wymianą ziaren rośliny zwanej wówczas kohwet (arabska nazwa kawy).
W Mekce i Kairze picie tego napoju zostało nawet zabronione – rok 1511, 1532. Na szczęście duża popularność kawy zniosła zakazy, a w roku 1554 powstała pierwsza, prawdziwa kawiarnia w Stambule. Od tamtej pory na bliskim wschodzie kawa stała się typową używką, która jednała sobie coraz większe rzesze zwolenników.
szlachetny smak każdego dnia ...
Europa poznała kawę nieco później niż Beduini. Niemiecki podróżnik i botanik L. Rauwolf wyruszył w 1573 roku na bliski wschód w celu odkrycia nowych ziół i lekarstw. Przez trzy lata poznawał tureckie skarby roślinne i wszystko zapisywał w swoich kronikach. Gdy trafił na kawę był zachwycony podejściem Turków do tego napoju i jego dobroczynnym działaniem na dolegliwości żołądkowe.
Po tym jak jego zapiski rozpowszechniły się w Europie wielu zaczęło „rozglądać” się za kawą. Niestety pierwsze ziarna pojawiły się dopiero u schyłku szesnastego wieku, za sprawą dwóch kompanii wschodnioindyjskich: brytyjskiej i holenderskiej.
Pierwsza kawiarnia otwarta w Anglii(Oksford) w 1650 roku należała do osmańskiego Żyda Jackoba. Dwa lata później pojawiła się również kawiarnia w Londynie. Imperium kawowe zaczęło się powiększać i rozpowszechniać zwyczaj picia czarnego napoju.
Kawa z wieku na wiek stawała się coraz popularniejsza. Coraz większa ilość mieszkańców różnych kontynentów słuchała opowieści o kawie i pragnęła jej skosztować. Zyskała ogromną ilość zwolenników, a dzisiaj jest jednym z najpopularniejszych napojów na świeci. Co roku wypija się około 400 mld filiżanek kawy! To porażająca ilość.
---
http://szlachetnysmak.pl

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Moja historia kawy


Autorem artykułu jest Katarzyna Dudziuk


Nic na świecie nie smakuje mi lepiej, niż pierwszy łyk kawy z mlekiem zaraz po przebudzeniu. Każdy dzień zaczynam kawą i nie wyobrażam sobie, aby mogło być inaczej. A jednak był taki czas w moim życiu, kiedy piłam kawę tylko raz w roku...
Urodziłam się w czasach, kiedy niczego nie można było kupić bez kartek, a różnice w statusie majątkowym społeczności zwyczajnie nie istniały, bo wszyscy mieli tyle samo – czyli nic. Kawa w domu pojawiała się rzadko i raczej były to chwile, kiedy któreś z rodziców miało imieniny, albo też przyjechała jakaś rodzina z zagranicy. Ponieważ piła ją tylko Mama, starczało jej zwykle na dłuższy okres czasu. Oczywiście, była to kawa ziarnista, którą trzeba było mielić. Mieliśmy jakiś stary młynek do kawy, który nawet był elektryczny, i jak dziś pamiętam – w kolorze pomarańczowym. Kiedy w wieku sześciu lat opanowałam już trudną sztukę mielenia kawy – która polegała głównie na naciśnięciu jednego guzika i trzymanie go w ten sposób przez jakiś czas – Mama pozwalała mi czasami przygotować jej kawę do zaparzenia, co z kolei mnie pozwalało czasem wykradać ziarenka kawy, by potem je sobie chrupać.
Czasy, jak wiadomo, zmieniły się, i kiedy poszłam do szkoły średniej, wszędzie już można było kupić kawę, i to nie tylko w ziarnach, ale i od razu mieloną, a także rozpuszczalną. Mama nabrała zwyczaju pić kawę codziennie, a nie tylko, kiedy przychodzili goście. Całe życie piła kawę „plujkę”, tzn. kawę mieloną, zalewaną bezpośrednio wodą. Taka była kawa, jaką pierwszy piłam po raz pierwszy w życiu, i muszę powiedzieć, zachwycona nie byłam. Smak mi nie odpowiadał, a poza tym irytowały mnie drobinki kawy, które przy piciu właziły mi w zęby.
Bez żalu więc pożegnałam się kawą – choć nie tak zupełnie do końca. Kawa na mnie wówczas bardzo mocno działała, więc piłam ją raz w roku, ale za to cały dzbanek. Rokrocznie miałam poprawkę z języka angielskiego, tak więc w noc przed pytaniem robiłam sobie dzbanek kawy, wypijałam go wieczorem i całą noc bez problemu wbijałam sobie do głowy oporne wtedy dla mnie informacje.
Trudno mi w to dziś uwierzyć, ale na studiach też nie zaczęłam pić kawy – choć piły ją wszystkie moje współlokatorki. Jak każdy student, miałam kilka zarwanych nocy przed egzaminami. Pamiętam nawet taką sesję, kiedy nie spałam przez dwie noce pod rząd, bo przez trzy dni pod rząd miałam egzaminy. Ale kawy w tych wspomnieniach nie ma – choć naprawdę się zastanawiam, jak mi się udało przetrwać bez kofeiny.
Kawę zaczęłam pić po studiach, kiedy pojechałam do USA. Nie mówiłam za dobrze (a właściwie: to prawie wcale) po angielsku i większość rzeczy napawała mnie przerażeniem. Znalazłam pracę w greckiej restauracji, najpierw jako tzw. bus girl (czyli dziewczyna sprzątająca stoliki), później – kiedy poduczyłam się języka – zostałam kelnerką. Wszyscy byli dla mnie bardzo mili, ale na początku na niewiele mi się to przydało, bo nie rozumiałam większości tego, co do mnie mówili. Spędzałam tam większość dnia, ale bardzo często było tak, że nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, czym zająć ręce. Tak więc zajmowałam się piciem kawy.
W tej restauracji był zupełnie magiczny ekspres ciśnieniowy do kawy. Zwykłą kawę, bez żadnych specjalnych właściwości, przekształcał w napój bogów. Piłam ją z mlekiem codziennie, dwa, trzy kubki, i zanim się obejrzałam, kawa pojawiła się w mojej własnej kuchni i w moim rozkładzie dnia jako pierwsza rzecz, o jakiej myślałam po podniesieniu się z łóżka.
Moje przywiązanie do kawy przetrwało. A zamiłowanie do smaku kawy zdecydowanie wzrosło. Nadal wolę nie zbliżać się kawy „plujki”, ale kawę w każdej innej postaci jestem w stanie pić przez cały dzień. Lubię kawę na ciepło i na zimno, lubię likiery kawowe, uwielbiam „kawówkę” – nalewkę robiona przez moją najlepszą przyjaciółkę, lubię, kiedy biszkopt w torcie jest nasączony kawą, lubię ciasta i torty kawowe – słowem, lubię kawę w każdej postaci (prócz „plujki”). Choć – że powtórzę to, co już wcześniej powiedziałam – nic na świecie nie jest w stanie przebić smaku pierwszego łyku zwykłej kawy z mlekiem, wziętego zaraz po obudzeniu.
Podaję tu przepis na moją ulubioną kawę na zimno. Jest doskonała w upalne dni, kiedy człowiekowi brakuje energii.
Chłodzący napój mokka
1 szklanka zaparzonej mocnej kawy
4 łyżki stołowe czekolady w proszku
1 szklanka zmrożonego mleka
150 ml śmietanki
4 kulki lodów czekoladowych
Wsypać czekoladę w proszku do garnka i wlać przygotowaną zaparzoną kawę. Podgrzewać lekko, aż zacznie się prawie gotować, potem zdjąć garnek z ognia. Przelać płyn do żaroodpornej miski lub dzbanka, dodać mleko, wymieszać. Następnie dodać śmietankę i ponownie wymieszać. Przelać napój do czterech szklanek lub wysokich pucharków. Na wierzchu położyć po kulce lodów. Od razu podawać.
Bon appétit :-)!
Źródło:
Christine McFadden i Christine France „Wielka encyklopedia czekolady” , Arkady, 1999r.
---
www.bonappetitcava.blogspot.com

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl